Film, film, film...

Wpisy

  • sobota, 17 marca 2012
    • Postrach nocy [2011]

      Po sąsiedzku domu Charleya wprowadza się tajemniczy i czarujący Jerry. Mama Charleya romansuje z nowo przybyłym sąsiadem, co oczywiście nie podoba się synowi. Sam Charley ma wydawać by się mogło, nieosiągalną dla niego dziewczynę z elity szkolnej. Nowa dziewczyna powoduje, że Charley odsuwa się od swoich dawnych przyjaciół, którzy są niezdarni i żyją w swoim świecie. Jeden z nich - Ed uważa, że Jerry jest wampirem. Charley jednak bagatelizuje jego dowody. Później brak kontaktu z Edem oraz inne przesłanki sugerują, że kolega mógł mieć rację. Przyszłość Charleya i całej lokalnej społeczności leży w jego rękach.

      Połączenie horroru i komedii jest dosyć oryginalnym pomysłem. Zazwyczaj daje to fatalny efekt, gdyż film nie jest ani straszny, ani śmieszny. Może znacie jakiś dobry film z tego gatunku? Bo ja nie.

      Ten film nie odbiega od utartej przez moje doświadczenie opinii. Film jest totalnie nijaki. Fabuła oczywiście nieco groteskowa, a niektóre sceny wręcz żałosne i idiotyczne. Jeszcze, gdybym miał do czynienia z typową parodią to mógłbym to jakoś zaakceptować. Dodałbym do tego wszystkiego jeszcze bardzo słabe efekty specjalne. A wygląd wampirów na głodzie chyba tworzony był w paincie. Z tych efektów był bardzo słaby efekt końcowy;)

      Aktorsko film także pozostawia wiele do życzenia, a był to jedyny powód, dla którego obejrzałem film. Farrell gra jeszcze w miarę dobrze i resztę zostawia w tyle, ale chyba taki był zamiar. Natomiast Charley, czyli Anton Yelchin jest fatalny. Wyglądał jak amator. Szkoda.

      Podsumowując to z połączenia komedii i horroru wyszedł dramat:D Film słaby, idiotyczny, ze słabymi efektami i mało ambitny. Nie polecam.

       

      3/10

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      piotrek-alfa
      Czas publikacji:
      sobota, 17 marca 2012 21:05
  • czwartek, 08 marca 2012
    • Safe House [2012]

      Tobin Frost jest upadłym aniołem, mianowicie zrezygnował z posady w CSI na pracę przeciwko tej amerykańskiej organizacji. Od tego momentu minęło 9 lat, a sam Frost jest najmocniej poszukiwanym byłym agentem. Wydaje się, że jest nieuchwytny. Jednak w dalekim Kapsztadzie wpada w sidła nieznanej lokalnej grupy, co wymusza na nim wejście do konsulatu USA, a następnie przewiezienia do tytułowego Safe House. Tam natomiast gospodarzem jest Matt Weston. Jednak macki wyżej wspomnianej nieznanej grupy sięgają również do Safe House i Matt jest skazany na ochronę Frosta, a także ucieczkę przed zagrożeniem. Będzie to jego egzamin praktyczny z radzenia sobie w wybitnie trudnych sytuacjach.

      Jak podkreślam na każdym kroku, Denzel Washington jest moim ulubionym aktorem to też nie mogłem odpuścić tego filmu. Fabuła jest dosyć wciągająca. Nie jest to zwykły film akcji. Jest dużo momentów psychologii i trzeźwego analizowania sytuacji. Natomiast mało jest nic nie wnoszącej bijatyki. To w tym filmie bardzo mi pasowało, że mimo szybkiej akcji udało się reżyserowi przemycić także trochę głębi. Świetnie oddane jest osaczenie Matta. To, że Frost ma na niego coraz większy wpływ, jak nim manipuluje. Do tego grupka przestępców, prywatny konflikt oraz poczucie moralności. Bardzo mi to odpowiadało.

      Na minus zaliczyłbym nagłe umiejętności Matta. Mimo, że jest żółtodziobem okazuje się sprytniejszy od rutyniarza Frosta. Bez problemu go raz po razie odnajduje. Sytuacja na stadionie była mocno absurdalna. Jednak, jak wiadomo, jakoś trzeba rozpędzić akcję i tutaj reżyser poszedł trochę na skróty.

      Gra aktorska jest na bardzo wysokim poziomie. O Denzelu nie muszę nic pisać, bo jest on mistrzem i w każdą rolę wkłada całego siebie i wszystkie swoje umiejętności. Washington odcisnął na na Froście swoją pieczęć. Ryan Reynolds także dobrze wypada. Oczywiście jest w cieniu Washingtona, ale nie znaczy to, że jest kompletnie zdominowany. Po "Pogrzebanym" przekonałem się do tego aktora.

      Film jest dobry. Są w nim elementy filmu akcji, psychologicznego, thrillera. Dosyć umiejętnie udało się reżyserowi pogodzić te gatunki. Fabuła prowadzona jest w miarę równo, nie ma zbytnich dłużyzn, ani przestojów. Aktorstwo jest na najwyższym poziomie. Zakończenie trochę pozostawia do życzenia, aczkolwiek mogło być gorsze;)

       

      7/10

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      piotrek-alfa
      Czas publikacji:
      czwartek, 08 marca 2012 20:53
    • Kac Vegas w Bangkoku [2011]

      Kontynuacja przygód Phila, Douga, Stu i Alana. Tym razem "tak" na ślubnym kobiercu ma powiedzieć Stu. Nauczony doświadczeniem rezygnuje z wieczoru kawalerskiego, czym zawodzi swoich kompanów. Jako, że jego wybranką jest Tajka to ślub także ma się odbyć w Azji. Jednak, jakby się wydawało, jedno niewinne piwo, może przywołać stare demony. W szalonej podróży po Tajlandii, jak zwykle największymi ich przyjaciółmi będą kłopoty.

      W przypadku kolejnych części nie da się uniknąć porównywania z poprzednimi. Co prawda Kac Vegas obejrzałem dobre 2,5 roku temu, ale jakiś ślad w głowie mi pozostał;)

      Aktorsko wygląda to dobrze. Galifianakis oczywiście wymiata jako wolniej myślący Alan. Cooper braki nadrabia aparycją. A Helms ponownie gra tego najbardziej stonowanego, któremu alkohol puszcza wszelkie hamulce. Także z tej strony nie ma żadnego zawodu. Jak na komedię obsada jest trafna.

      Co do scenariusza to wiadomo, że ile osób, tyle opinii. Do mnie docierały zazwyczaj te, że pomysły są ściągnięte, mniej śmieszne i generalnie nie ma szału. Nie zgodzę się z tym. Być może nawet minimalnie bardziej do gustu przypadła mi druga część. Ale myślę, że wynika to z moich oczekiwań. Pierwszą część wszyscy zachwalali się spodziewałem się Bóg wie czego i byłem nieco zawiedziony. Natomiast teraz oczekiwałem odgrzewanego kotleta i też wynik był inny. Gagi bardziej mi przypadły do gustu. Natomiast na końcu Mike Tyson niszczy system;)

      Kontynuacja jest bardzo podobna do jedynki. Podobna w sensie poziomu, a nie scenariuszu. Dobra, stała obsada, ładne i orientalne widoki oraz dopracowana muzyka. Porządny film warty obejrzenia. Polecam Kac Vegas w Bangkoku.

       

      7/10

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      piotrek-alfa
      Czas publikacji:
      czwartek, 08 marca 2012 20:20
  • poniedziałek, 05 marca 2012
    • Plan prawie doskonały [2009]

      Roger, Charles i George są ochroniarzami w Galerii Sztuki. Żaden z nich nie jest już pierwszej młodości i dosyć długo pracują w muzeum. Jak grom z jasnego nieba, spada na nich wiadomość zmiany ekspozycji i zastąpienia dzieł sztuki innymi eksponatami. Przez te wszystkie lata pracy każdy z nich ma swoje ulubione dzieło, z którym jest mocno zżyty, wręcz zakochany. Nie chcąc się z tym pogodzić, postanawiają ukraść uwielbiane przez siebie dzieła. Jednak ochrona muzeum to jedno, a kradzież to drugie. W związku z tym ich poczynania są nieco komiczne.

      Dużym atutem filmu jest obsada. Morgan Freeman, William H. Macy oraz Christopher Walken. Szczególnie ten ostatni bryluje swoją grą. Zresztą przy tak mało porywającym scenariuszu aktorzy muszą dodać coś od siebie, aby film był warty obejrzenia. Na szczęście ci stanęli na wysokości zadania i nie odwalili pańszczyzny.

      Przy okazji innych filmów zdążyłem już wspomnieć, że komedia kryminalna obok polskiej komedii romantycznej (która dla mnie jest oddzielnym gatunkiem filmowym) jest najmniej lubianym gatunkiem. Dlatego też film musi być naprawdę dobry, abym uznał go za średniego. Natomiast ogólnie za średni, w moim odczuciu zazwyczaj jest słaby. Nie oszukujmy się w "Planie prawie doskonałym" scenariusz nie jest ani zaskakujący, ani porywający. A jednak coś przyciąga uwagę, co jest dużym atutem filmu.

      Film jest niezły. Mimo, że przewidywalny to dobrze się go ogląda. Bardzo dobra obsada dodaje uroku temu filmowi. Pan prawie doskonały określiłbym mianem - fajny, ładny i przyjemny. Kino odprężające nie wymagające, ani głębokiej rozkminy, ani niepokoju o bohatera. Idealny na niedzielne popołudnie z rodziną. Polecam.

       

      5/10

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      piotrek-alfa
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 05 marca 2012 21:42
  • piątek, 02 marca 2012
    • Tamara i mężczyźni [2010]

      Życie w małej miejscowości w Wielkiej Brytanii toczy się własnym rytmem z dala od zgiełku wielkiego miasta. Akcja rozgrywa się głównie, mówiąc wg naszego nazewnictwa, w gospodarstwie agroturystycznym, do którego ściągają pisarze z całego świata, aby w spokoju poświęcić się pisaniu. Spokój całej lokalnej ludności skończy się w momencie przyjazdu Tamary Drewe, która w dzieciństwie opuściła rodzinne strony. Ona, dziennikarka dużej gazety, obyta w wielkomiejskiej kulturze doda kolorytu wiosce. Powrócą stare wspomnienia i uczucia.

      Komedia w iście brytyjskim stylu. Takie filmy, albo się lubi, albo nienawidzi. Specyficzne poczucie humoru, dobra charakteryzacja i cudowne zdjęcia.

      Od strony aktorskiej nie można filmowi wiele zarzucić, dobra brytyjska szkoła. Gemma Arterton idealnie oddaje charakter swojej postaci, taką nutkę ciekawości i tajemniczości. Za każdym razem, gdy pojawia się na ekranie bije od niej blask. Dobra rola. Role męskie również zagrane były całkiem dobrze. Na oddzielne zdanie zasługują młode aktorki, które dodają kolorytu i są powiewem świeżości. Szczególnie Jessica Barden. Warto zapamiętać to nazwisko.

      Film, jak większość brytyjskich produkcji jest inny, wyjątkowy. Mi aż tak bardzo nie pasowało to ciągłe tasowanie między bohaterami i nie jestem fanem tego specyficznego poczucia humoru. Jednak muszę odnotować dobrą realizację filmu, dopracowanie. Do tego całkiem dobre aktorstwo z Jessicą Barden na czele. Jednak brytyjskie kino ma to do siebie, że ile osób, tyle opinii nt. filmu. Stąd też film mimo niezbyt wysokiej mojej oceny polecam obejrzeć. Czasem warto sięgnąć po coś w innym stylu.

       

      4/10

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      piotrek-alfa
      Czas publikacji:
      piątek, 02 marca 2012 14:52
  • czwartek, 01 marca 2012
    • Sprawa zamknięta [2011]

      Jonathan wychowywał się w biednej dzielnicy wśród ćpunów i degeneratów. Jego jedynym przyjacielem był lekko opóźniony Vincent. Splot nieszczęśliwych wypadków spowodował, że Jonathan zamieszał się w dwa morderstwa. Jednak wspólnie z Vincentem ustalili, że będzie ich tajemnica, której nigdy nie wyjawią. Te wspomnienia wracają do Jonathana kilkanaście lat później, gdy w lokalnej gazecie publikowane są informacje nt. jego wcześniejszych przewinień. Dręczyciel coraz bardziej osacza Jonathana grożąc również jego rodzinie. Dodatkowo sprawy nie ułatwiają wysoko postawieni funkcjonariusze.

      Opis wskazuje na całkiem fajny kryminał. Dorosły facet, za którym ciągną się stare problemy. Temat nieco oklepany, ale ciągle z potencjałem. Niestety rzeczywistość okazała się brutalna. Przede wszystkim zadaniu nie sprostał odtwórca głównej roli - Channing Tatum, o którym już wcześniej pisałem, że jest najbardziej drewnianym aktorem z całego Hollywood. Aż dziw bierze, że jest obsadzany w głównych rolach. Oprócz niego na ekranie są odkurzeni Katie Holmes oraz Al Pacino. Pacino niestety odcina już kupony od swojej sławy i mało angażuje się w swoją rolę. A może to wina roli, która nie była wymagająca? Oprócz wyżej wymienionych aktorów gra także Ray Liotta, za którym jakoś nigdy nie przepadałem.

      Na pięcie w filmie jest budowane całkiem nieźle. Jednak cała atmosfera opada z hukiem w końcówce, gdy rozwiązanie jest zwyczajnie słabe. Nie chcę spoilerować, ale według mnie zakończenie jest bardzo nieudane. A to prowadzi do wniosku, że cała intryga została wymyślona na siłę i nie miała głębszego uzasadnienia.

      Film nie przypadł mi do gustu. Mimo zdartego tematu liczyłem na coś ciekawszego, ale mocno się zawiodłem. Intryga wymyślona na siłę. Dodatkowo aktorzy nie wyciągnęli tego filmu za uszy, tylko udzieliła im się owa przeciętność. Nie polecam.

       

      3/10

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      piotrek-alfa
      Czas publikacji:
      czwartek, 01 marca 2012 19:07
  • środa, 29 lutego 2012
    • Drzewo życia [2011]

      Film porusza ważną kwestię dotyczącą każdego z nas. Mianowicie: jak żyć? Jaki jest sens życia? Reżyser podkreśla, że pojedyncze istnienie jest mikroskopijną cząstką, która w sumie nie pozostawia po sobie wielkiego śladu, ani nie ma głębszego znaczenia. Wyżej postawione pytania zostały ubrane w fabułę, gdzie młody Jack jest w okresie dojrzewania. Dziecięcy obraz zostaje zastąpiony obrazem bardziej realistycznym i surowym. Ojciec mimo, że kocha całą rodzinę to nie do końca radzi sobie z wychowaniem dzieci. Matka jest kompletnie zdominowana przez ojca. Jednak jej przeciw jest tylko wewnętrzny, nie walczy o swoje, jest uległa.

      Zacznę od tego, że należą mi się brawa za w miarę zgrabne przedstawienie fabuły, co nie należało do łatwych zadań;) Nie znając reżysera pomyślałem sobie podczas oglądania, że taki film mógł zrobić tylko jakiś nawiedzony filozof. I co? Terrence Malick jest filozofem:D

      Wiedziałem, że film jest z założenia ambitny, stąd też nie nastawiałem się na lekką rozrywkę. Obsada dodatkowo potęgowała chęć obejrzenia filmu. Jednak wszystko prysło po pierwszych dwudziestu minutach. Akcja, o ile nie była zbyt wartka, to jednak spójna. Niestety później naszło najgorsze. Przez ok. 30 minut przez ekran przewijały się przeróżne grafiki mające na celu pokazanie przemijania, tego, że człowiek jest malutką cząsteczką. Patrzyłem na to i cierpiałem. Mam zasadę, że wszystkie filmy oglądam do końca, bez względu na odbiór. I tylko to trzymało mnie przed telewizorem.

      Po tych wszystkich grafikach wreszcie reżyser skupił się na pokazaniu życia rodziny z perspektywy młodego Jacka. Nawet przez chwilę pomyślałem, że zostałem wynagrodzony za to, że wcześniej nie wyłączyłem filmu. Bo akcja mimo powolnego tempa była dobrze prowadzona i rozwijana. Tutaj dały znać o sobie wysokie umiejętności Brada Pitta oraz Jessiki Chastain. Nawet przestał przeszkadzać czas trwania filmu.

      Jednak zakończenie zniweczyło wcześniejsze dobre wrażenie. Według mnie była duża szansa na uratowanie tego filmu mimo fatalnego początku. Jednak profesja reżysera dała znać o sobie i zakończenie było znakomitym uzupełnieniem początku.

      Wyjątkowo przed napisaniem tego postu przeczytałem kilka opinii o filmie. Zazwyczaj argumenty osób, którym film się podobał wobec osób, które mają odmienne zdanie, jest takie, że ta druga grupa nie zrozumiała tego filmu. Niestety ja film zrozumiałem i dalej uważam, że zmarnowałem 140 minut swojego życia. Zdecydowanie nie polecam.

       

      2/10

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      piotrek-alfa
      Czas publikacji:
      środa, 29 lutego 2012 15:53
  • sobota, 18 lutego 2012
    • Róża [2011]

      Akcja dzieje się tuż po zakończeniu II wojny światowej na Mazurach. Tadeusz, żołnierz AK, podąża na Mazury, aby wręczyć Róży, żonie po zmarłym żołnierzu niemieckim, ich wspólne zdjęcie oraz obrączkę. Później pomaga Róży odminować pole i następnie Róża pozwala mu zamieszkać w gospodarstwie. Tadeusz chroni ją przed złodziejaszkami. Nawiązuje się między nimi uczucie. Mimo zakończenia wojny, koszmar ludności miejscowej nie ustał. Gwałty, rabunki, morderstwa są na porządku dziennym.

      Film obejrzałem już jakiś czas temu, ale zwlekałem z napisaniem tej notki. Moja ocena filmu odbiega od ogólnie przyjętej, dlatego musiałem wszystko sobie poukładać. Jednak opinia większości nie przekonała mnie do zmiany odbioru filmu. Róża nie jest w stanie uniknąć porównań z "W ciemności". Nie ma co się dziwić, oba filmy traktują o drugiej wojnie światowej. Chcąc nie chcąc sam także podświadomie konfrontowałem ze sobą te filmy.

      Zacznę od tego, że świetną kreację stworzyła Agata Kulesza. Rola trudna, ale idealnie sobie z nią poradziła. Czapki z głów. Nie jestem fanem Marcina Dorocińskiego, ale nawet ja muszę przyznać, że nie został kompletnie zdominowany przez Kuleszę i także zagrał na dobrym poziomie. Do tego dochodzą dobrze wykreowane przez scenariusz postacie drugoplanowe. Jednak w globalnym odbiorze filmu stanowią mniejsze znaczenie.

      Spotkałem się z opiniami, że film jest szokujący, brutalny, zbyt prawdziwy. Nawet osoby, z którymi byłem w kinie nie mogły patrzeć na kolejne sceny gwałtów. No cóż. Albo mam grubą skórę, albo już dużo widziałem na ekranie, ale mnie te sceny nie szokowały. Przede wszystkim brakowało mi amplitudy tego dramatu. Każdy kolejny gwałt, czy morderstwo pokazane jest tak samo. Ani bardziej brutalnie, ani mniej. W konsekwencji po upływie czasu przestały robić na mnie wrażenie kolejne takie sceny. Człowiek jest tak skonstruowany, że jest w stanie do wielu okropnych rzeczy się przyzwyczaić. Ja tak miałem na tym filmie. Ta ludzka tragedia, która miała robić wrażenie na widzu, na mnie kompletnie nie działała. Była zbyt jednostajna.

      Kolejna rzecz, która mnie irytowała to charakterystyka postaci. Coś, co bardzo mi się podobało w filmie Agnieszki Holland, tutaj kompletnie mnie zawiodło i było drogą na skróty. Każda postać była powierzchowna, płaska. Albo ktoś był dobry, co objawiało się w każdym aspekcie. Albo ktoś był zły, co także był w każdej dziedzinie życia. Niesamowicie irytują mnie takie uproszczenia. Idąc dalej wtedy każda postać jest mało realistyczna, zbyt idealna. Nie pomaga to filmowi.

      Ogólnie to nie podobało mi się także prowadzenia fabuły. Te domysły, niedopowiedzenia. Zazwyczaj lubię takie rzeczy, ale jakoś w tym filmie mi nie podeszły.

      Podsumowując to z jednej strony rozumiem zachwyty nad Różą, ale z drugiej film mnie nie oczarował. Coś, co miało kupić widza, mnie akurat nie urzekło. Do tego dodałbym kiepską muzykę oraz słabe w moim mniemaniu zakończenie i w efekcie wyszedł tylko niezły film. Zdecydowanie bardziej podobał mi się "W ciemności".

       

      6/10

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      piotrek-alfa
      Czas publikacji:
      sobota, 18 lutego 2012 23:03
  • czwartek, 09 lutego 2012
    • Dług [2010]

      Troje agentów ma za zadanie znaleźć i wytransportować z NRD zbrodniarza wojennego. Po namierzeniu celu mieli ułożony cały plan, wszystko zaprojektowane w najmniejszym szczególe. Jednak akcja nie powiodła się. W Długu reżyser przeskakuje pomiędzy wydarzeniami wyżej opisanymi, a aktualnym życiem trójki bohaterów. 30 lat starsi, zasłużeni, są podziwiani przez młodych adeptów szkoły militarnej. Jednak wydarzenia sprzed 30 lat i ich następstwa dalej na nich ciążą i przy okazji odkrywają tajemnice i dawne uczucia.

      Podobała mi się realizacja filmu. Rzadko trafiają się dobre filmy z przemieszaniem dwóch odległych w czasie historii, jednak tutaj reżyser podołał zadaniu. Elektryzuje zarówno jedna, jak i druga część. Mimo tego, że całkiem na czym innym się skupiają, poruszają inne emocje. Sama fabuła również jest na bardzo wysokim poziomie. Film, poza zakończeniem, jest dopracowany w najmniejszym szczególe. Postacie mają głęboko zarysowane portrety psychologiczne. Nie ma nijakich bohaterów, którzy nie zapadliby w pamięci, każda postać jest wyrazista.

      Na plus jest także gra aktorska. Nie podobał mi się jedynie Sam Worthington, który aktorem jest marnym z kiepskich wachlarzem umiejętności.Natomiast bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie Jessica Chastain, której wcześniej nie znałem, a poradziła sobie ze swoją skomplikowaną rolą bardzo dobrze. Helen Mirren, czy Ciaran Hinds to wiadomo - klasa. Plus także przy roli Martona Csokasa. Dodatkowo podobało mi się, że zarówno młoda Rachel, jak i starsza, mają równie długie nosy;) więc bez problemu można wyłapać, kto jest kim:D

      Teraz mały SPOILER. Cały film był dobrze prowadzony, jednak wszystko zniweczyło słabe zakończenie. Miałem kilka wariantów dobrego zakończenia, albo chociaż przeciętnego, a zostało wybrane chyba najgorsze. Najlepiej byłoby, gdyby Rachel beznamiętnie zabiła Vogela i już. Albo, żeby wcześniej Vogel zabił Szewczuka. Albo, żeby Rachel wyjawiła prawdę swojej córce i wszystkim zainteresowanym. Tymczasem walka z dziadkiem kompletnie naiwna. A już przekazanie wiadomości dziennikarzowi całkiem idiotyczne. Przecież wszystko działo się w szpitalu psychiatrycznym. Nikt logicznie myślący nie wziąłby tych kilku zdań na poważnie. Idiotyczne zakończenie.

      Film jest bardzo dobry, ogląda się go z pasją i zainteresowaniem. Reżyser umiejętnie poprowadził oczy widza, postacie są wyraziste. Czyli niby wszystko jest ok. Jednak zakończenie kompletnie psuje film i stąd zjazd o dwa oczka. Mimo to film polecam.

       

      7/10

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      piotrek-alfa
      Czas publikacji:
      czwartek, 09 lutego 2012 17:18
  • wtorek, 07 lutego 2012
    • Jestem numerem cztery [2011]

      John jest jednym z dziewięciorga dzieci, które zostały uratowane z zaatakowanej odległej planety i zesłany na Ziemię. Jednak w drogę za nimi udali się ich przeciwnicy. Swoje łowy zaczęli od Numeru Jeden. Następnie tropili Numer Dwa. John jest Numerem Cztery i po śmierci Numeru Trzy pada jego kolej. Jednak wykorzystując swoje nadprzyrodzone zdolności oraz pomoc ludzi stawi czoła Mogadorianom. Dodatkowo może liczyć na swojego opiekuna oraz tajemniczą dziewczynę.

      Z samego opisu wynika, że mamy do czynienia z filmem science-fiction. A jak s-f to oczywiście efekty specjalne, dziwne stworki i zdolności rodem z gier komputerowych. Ten film wpisuje się w opisany scenariusz.

      Efekty są na dobrym poziomie. Nie są efekciarskie i dodają tempa fabule. Charakteryzacja obcych również ujdzie. Nie jest to szczyt możliwości, ale też nie razi. Natomiast niektóre zdolności są dosyć ciekawe - ognioodporność, siedmiomilowe buty, latarki w dłoniach, zatrzymywanie kul. Dla mnie aż za dużo. Jednak reżyser koniecznie chciał pokazać różnice między dziewiątką a ziemianami.

      Sama fabuła, jak to w takich filmach. Szału nie robi, ale też nie była przygotowywana na kolanie w metrze. Oczywiście nie mogło się obyć bez kilku mniejszych pomyłek typu: wszystkie Numery nie wiedzą, gdzie są pozostali, ale mimo to Numer Cztery wiedział w jakich terenach ukrywał się Numer Trzy. Ale to jest małe czepialstwo z mojej strony. Generalnie wszystko jest ok.

      Aktorstwo również jest na przeciętnym poziomie. Alex Pettyfer, Dianna Agron nie wyróżnili się niczym, aby utkwili w pamięci. Teresa Palmer, którą kojarzę z innych filmów, była najbardziej wyrazista, ale jej rola to ostatnie pół godziny filmu. Pozostali aktorzy także nie wyróżnili się, ani na plus, ani na minus.

      Podsumowując to film Jestem numerem cztery jest przeciętny i ginie w ogóle produkcji zalewających rynek filmowy. Przeciętne w tym filmie jest wszystko. Ciężko nawet stwierdzić, że coś było najlepsze, a coś innego najgorsze. Czasem takie przeciętniactwo jest dla filmu gorsze, ale całkiem skrajnych opinii, nawet tych mocno krytycznych. Gdyż czasem lepiej, żeby obojętnie jak, ale mówili o filmie. Średniak.

       

      5/10

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      piotrek-alfa
      Czas publikacji:
      wtorek, 07 lutego 2012 19:01

Tagi

Kanał informacyjny

stat4u